PozostałeRozwód

Spór o dziecko między państwami

Czy polski sąd zawsze może decydować o tym, gdzie ma mieszkać dziecko? Wielu rodziców wychodzi z założenia, że skoro zamieszkali w Polsce, dzieci chodzą tu do szkoły, a rodzina ma meldunek w jednym z dużych miast, to sprawa „z automatu” trafi do miejscowego sądu rodzinnego.

Tymczasem jedna z niedawnych spraw pokazuje coś dokładnie odwrotnego: sąd w ogóle nie zajął się merytorycznie wnioskiem rodzica, ponieważ uznał, że… nie ma prawa rozpoznawać tej sprawy.

Chodziło o dwójkę małoletnich dzieci rodziców – obywateli państwa spoza Unii Europejskiej. Rodzina od kilku lat mieszkała w Polsce, w jednym z większych miast. Starsze dziecko chodziło do miejscowej szkoły podstawowej, młodsze było zapisane do przedszkola, ale faktycznie pojawiało się tam sporadycznie. Z czasem matka zaczęła coraz częściej wyjeżdżać z dziećmi do kraju pochodzenia, a pobyt w Polsce przybierał charakter „na trochę”, a nie rzeczywistego osiedlenia. Rodzicielska codzienność zaczęła się rozgrywać na dwa kraje – część roku w Polsce, część poza jej granicami.

W pewnym momencie ojciec, który chciał związać przyszłość z Polską, złożył w sądzie wniosek o ustalenie, że miejscem pobytu dzieci będzie każdorazowo jego miejsce zamieszkania w Polsce. Wniósł też o zabezpieczenie, czyli tymczasowe rozstrzygnięcie, że dzieci mają mieszkać z nim, a „na wszelki wypadek” bardzo szczegółowo opisał, jak widzi kontakty z córkami w święta, ferie, wakacje. Matka, reprezentowana przez pełnomocnika, odpowiedziała, że polski sąd w ogóle nie jest właściwy – bo brakuje tzw. jurysdykcji krajowej, a w kraju pochodzenia rodziny już toczy się postępowanie rozwodowe, w ramach którego tamtejszy sąd zajmuje się sytuacją dzieci.

Sąd rodzinny nie zaczął więc od pytania „z kim dzieciom będzie lepiej?”, tylko od wcześniejszego, czysto procesowego: „czy ja w ogóle mogę o tym decydować?”. W polskiej procedurze cywilnej obowiązuje zasada, że sądy mogą orzekać tylko wtedy, gdy istnieje jurysdykcja krajowa. W sprawach między rodzicami i dziećmi (np. o miejsce pobytu) najczęściej decyduje to, gdzie dziecko ma miejsce zamieszkania lub zwykłego pobytu, ewentualnie – obywatelstwo. W tej sprawie dzieci nie były obywatelami polskimi, więc kluczowe stało się ustalenie, czy ich centrum życiowe faktycznie znajduje się w Polsce.

Prawo cywilne rozumie „miejsce zamieszkania” dość rygorystycznie. To nie jest po prostu adres, pod którym ktoś jest zameldowany albo gdzie wynajmuje mieszkanie. Miejsce zamieszkania to miejscowość, w której dana osoba faktycznie przebywa z zamiarem stałego pobytu. Potrzebne są więc dwie rzeczy jednocześnie: realne, fizyczne przebywanie oraz zamiar „na stałe”. Sąd przyjrzał się dokumentom z placówek oświatowych, informacjom o dłuższych wyjazdach matki z dziećmi, a także temu, jak rodzice przedstawiali sytuację w toczącym się równolegle postępowaniu za granicą. To właśnie tam – w kraju pochodzenia – rodzina była wskazywana jako mająca swoje stałe miejsce zamieszkania.

Dodatkowo, między Polską a tym państwem obowiązuje umowa o pomocy prawnej w sprawach cywilnych i rodzinnych. Takie umowy zwykle zakładają, że sprawy dotyczące stosunków między rodzicami a dziećmi podlegają prawu i sądom państwa, którego obywatelami są małoletni. Skoro dzieci były obywatelami innego kraju, a tamtejszy sąd już zajmował się sytuacją rodziny w ramach sprawy rozwodowej, polski sąd doszedł do wniosku, że „wchodzenie w środek” tego postępowania byłoby wbrew zasadom jurysdykcji międzynarodowej. W efekcie wniosek ojca został odrzucony – nie dlatego, że sąd uznał, iż dzieci mają mieszkać z matką, lecz dlatego, że Polska okazała się niewłaściwym miejscem do rozstrzygania ich rodzinnego sporu.

Dla cudzoziemców mieszkających w Polsce to bardzo ważny sygnał. Po pierwsze, nie wystarczy, że dziecko chodzi do polskiej szkoły, a rodzina ma lokal wynajęty w dużym mieście. Sąd patrzy szerzej: ile czasu rodzina realnie spędza w Polsce, jakie są plany na przyszłość, gdzie pracują rodzice, gdzie znajduje się główne zaplecze rodzinne, majątek, wsparcie bliskich. Po drugie, znaczenie ma spójność tego, co rodzice mówią w różnych postępowaniach. Jeżeli przed sądem za granicą wskazuje się jedno państwo jako stałe miejsce zamieszkania rodziny, a przed polskim sądem próbuje się nagle wykazać, że centrum życia jest w Polsce, to budzi to naturalny sceptycyzm.

Po trzecie, takie sprawy pokazują, że przy sporach rodzinnych z elementem międzynarodowym prawo „działa” na kilku poziomach naraz. Mamy przepisy polskiej procedury, umowy dwustronne, często także konwencje międzynarodowe czy regulacje unijne. Dla rodzica to brzmi jak skomplikowana teoria, ale w praktyce przekłada się na bardzo przyziemne konsekwencje: albo sąd weźmie sprawę i ją rozpozna, albo stwierdzi, że nie ma do tego prawa i wniosek po prostu odrzuci.

Z punktu widzenia strategii procesowej kluczowe jest więc, aby przed złożeniem wniosku w Polsce – zwłaszcza w sprawach o miejsce pobytu dziecka, władzę rodzicielską czy kontakty – najpierw sprawdzić, czy polski sąd w ogóle może zabrać się za taką sprawę. Często wymaga to analizy miejsca zamieszkania lub zwykłego pobytu dziecka, przebiegu dotychczasowych postępowań w innych państwach i treści umów międzynarodowych. Dobrze przygotowana argumentacja w tym zakresie bywa równie ważna, jak opis sytuacji rodzinnej i opiekuńczej.

Historia tej rodziny – w tekście w pełni zanonimizowana – jest dobrym przykładem dla czytelników mediana.sos.pl, że w sporach o dzieci, które żyją „pomiędzy krajami”, pierwszym krokiem nie jest odpowiedź na pytanie „komu je powierzyć”, tylko „który sąd ma w ogóle prawo podjąć decyzję”. Dopiero wtedy można sensownie walczyć o konkretne rozstrzygnięcia, zamiast tracić czas i nerwy na postępowania, które od początku skazane są na odrzucenie z przyczyn formalnych.

Komentarze do wpisu

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    Artykuły z tej kategorii

    Masz pytania? Zapytaj prawnika.